Rogata bestia

2018.04.19, 21:10:00
– Smok! Powiadam wam panie, prawdziwy smok – perorował kmiotek przy kontuarze, w drżących ciągle dłoniach ściskając dzban piwa.
ilustracja – Smok! Powiadam wam panie, prawdziwy smok – perorował kmiotek przy kontuarze, w drżących ciągle dłoniach ściskając dzban piwa.

– Smok. Wielkie bydlę, będzie jak stodoła sołtysa. Pazury wielkie i skrzydła ma takie eee...  – kmieć rozłożył szeroko ręce, lecz widząc w odpowiedzi tylko kilka kpiących uśmiechów, zamachał nimi rozzłoszczony. – I oddech smrodliwy!

– Ano mówcie dalej gospodarzu, jak ten smok wygląda – zagaił karczmarz, kątem oka zerkając na zbierający się dookoła tłumek.

– Jak to jak? Jak smok, mówię przecież – chłopina przełknąwszy w nerwach całe naczynie niemal jednym haustem, poczuł już w głowie pierwszy szum, niczym łopot smoczych skrzydeł. – Zielony, wielki, ze skrzydłami i ogonem. Siadł za miastem na tym głazie, co to nim sto lat temu czart rzucił, kiedy my kościół budowali. Siadł i, i...

I...? Zdawały się mówić spojrzenia kilkunastu już zgromadzonych dokoła słuchaczy.

– I... siedzi, no. Jak to smok – zawyrokował chłop.

Karczmarz widząc, iż towarzystwo dokoła zaczyna wiercić się i przebierać nogami, nie pytając o zapłatę, nalał mu i podał następny kufel.

– To mówiliście, że ile on ma głów? – zaczepił chłopa, gdy ten przełknął już duszkiem pół nowej czarki.

– No jedną. Znaczy dwie chyba albo i trzy. Dobrzem nie widział, bo mnie siarkowym oddechem zasmrodził, aż w oczy szczypało. Ledwie żem z życiem uszedł.

– Znaczy się pożreć was chciał ten straszny smok!? – z przerażeniem zakrzyknął karczmarz, na co kilka kolejnych głów z odległych kątów izby również zwróciło się w ich stronę.

– Ni...e. – czknął gospodarz – Ino kazał mi iść do reszty luda ze swoją pe...pe...petrycją.

– Że z czym? – zdziwił się szynkarz, wkładając rozmówcy do rąk kolejny garniec.

– Znaczy powiedzieć mam wszystkim, czego bydlę chce, jeśli się nie ma na nas ogromnie zezłościć.

– I czegóż on chce? – zapytał oberżysta z udanym przestrachem, pod wąsem jednak uśmiechając się na widok kilkudziesięciu, nadstawiających ucha osób, kupujących u jego pomocników kolejne garnce trunku, bez narzekania nawet, że zwietrzały.

– On chce panie – tu wieśniak rozejrzał się trwożnie i pokrzepił kolejnym łykiem. – On chce dziewicę.


Cisza, która zapadła gwałtownie po tych słowach była równie twarda i zimna co baranina, którą można tu było nabyć po mocno wygórowanej cenie. Chłopi to popatrywali po sobie niepewnie, to szukali potwierdzenia słów u posłańca wieści. On jednak uparcie wgapiał się tylko w dno kolejnego naczynia, niestrudzenie pracując grdyką. Nienaturalną ciszę i bezruch przerwało dopiero kilku wyrostków, zrywając się nagle i wybiegając z okropnym krzykiem w stronę chałup.

– Dzieeeeeewicy!!! – darł się ten, który pędził na samym przedzie.

Chłopi uspokoili się nieco. Zaczęli ponownie rozmawiać i żartować, chociaż śmiali się przy tym jakoś tak zbyt głośno. Kolejne osoby, które wkrótce pojawiły się wewnątrz, jęły dopytywać się o przyczynę całego zamieszania, zatem chłop opowiadał wszystko po raz kolejny.

– Toć m...ówię, hik. Wielki jak zw...onnica. Zł...oty cały. Siedem głów y... o...gniem zieje.

– Przecie mówiłeś, że zielony – wtrącił się ktoś.

– Taaaaki zieeeeelony, że aszzzz zyyyyoty – nie dawał się zbić z tropu narrator.

A karczmarz przeliczał na złoto zielone miedziaki.


*

Gad siedział na ogromnym głazie, bijąc ogonem o ziemię. Miał jedną głowę. Zielona łuska oglądana pod światło istotnie mieniła się złoto. Oglądał nieufnie stojące przed nim dziewczątko. Właściwie dziewczynę. Właściwie to... dorosłą już kobietę. Córka jednego z bogatszych gospodarzy dziwnym trafem nie wyszła dotąd za mąż. Nie żeby nawet taka brzydka – choć ubierała się jak jaka mniszka czy leśna babucha, nie żeby zaraz głupia – choć na zaczepki najbystrzejszych nawet chłopaków nie chciała nigdy odpowiadać, latając za to co tydzień się spowiadać – wszyscy w miasteczku zachodzili w głowę, z czego. Może trochę wychudzona od ciągłych postów i umartwiania. No i... jąkała się nieco. Podobno jako dziecku przyśnił jej się diabeł i tak się go przeraziła, że do dorosłości jej już zostało.

 Taka niewydarzona cokolwiek, ale innej w Pcimiu nie było. Co prawda po długich rozmyślaniach  sołtys umyślił prosić o obywatelskie poświęcenie trzynastoletnią córkę młynarza, szybko jednak wybiegł ze młyna czerwony jak burak i do tematu więcej nie wracał. Tako brać było trzeba, co jest.

Jaszczur obwąchiwał nieufnie dziewoję, stojącą teraz opodal jego jamy, którą to kilka godzin wcześniej  wykopał we wzgórzu i skarbów jakichś do środka naznosił, szykując się widać, żeby dłużej gnębić kmiotków. Kmiotkowie wycofywali się powoli i tyłem, choć widać było, że najchętniej daliby teraz drapaka szaleńczym pędem prosto do miasta. Dopiero przyczaiwszy się pośród pierwszych zabudowań, zaczęli się uspokajać.

– Chłopy! A właściwie, to na co jemu one dziewice? – błysnął refleksją jeden.

– Jak na co? Do konsumpcji, a na cóż by inaczej. – oświecił go drugi.

– Ino widzi mi się, one chude raczej, a ta to już w ogóle koścista bardzo...

– A bo to zrozumiesz bydlę? – Podrapał się po kędzierzawej czuprynie – Każdy widać ma własne gusta. Na ten przykład znałem kiedyś pewnego juhasa, któren owcom się bardzo kontentował, raz nawet...

Przerażający wrzask dochodzący ze świeżo wykopanej pieczary sprawił, iż wszyscy pierzchnęli w popłochu do swoich chat, porzucając dyskusję o kulinarnych fanaberiach.


*

Kmieć z półprzytomnym wzrokiem siedział przy kontuarze. Trzy dni po niezwykłym przylocie i dwa po, równie nagłym, wyniesieniu się gadziny, chłopi postanowili urządzić sobie święto i zaraz po mszy dziękczynnej odprawionej za wypędzenie demona, tłumnie zwalili się do karczmy, by spełnić z kolei cesarską część powinności. Gospodarz, który ongi pierwszy ujrzał bestię, porządnie był już podchmielony. Karczmarz miał nadzieję, że po ostatnich przejściach, nie odmieni mu się tak na trwałe, bo chłopina był całkiem porządny i wzbudzał sympatię. Póki co, dziś jeszcze postanowił stawiać mu na koszt własnej kiesy, tym bardziej, że ludzie ciągle jeszcze chcieli posłuchać o potworze, a schodzili się nawet z okolicznych wiosek tacy, którzy sami na oczy go nie widziawszy, uszy czujnie teraz nastawiali grosza przy tym, dla przepłukania ściśniętych grozą gardeł, nie żałując.

– No y... widzicie, wielki jaaaaak kooooooźdźiół. Szererozoty caay. Y... rogi miał.

– Rogi? – Rzucił ktoś z miejscowych. – Sam w czubie masz już tyle, że ci niedługo rogi wyrosną!

– Rooogy mówie – upierał się opowiadacz. – Mondżyszsie, a spojrzaeś w ogóle wyżej soich ciżem, jaaaak my, na górze wetedy byyyyyli? – walnął dla podkreślenia swoich słów pustym kuflem o stół.

Oponent zmieszał się nieco. Istotnie w obecności wielkiego stwora mało kto miał odwagę, by bliżej mu się przyglądać. Szczerze mówiąc sam już nie był  pewien, czy ten straszny gad miał, czy też nie miał rogów.

– Dziewkę spytać! – krzyknął ktoś inny.

– Dziewkę! – podchwycili pozostali.

Na te słowa, oddana niedawno ludojadowi dziewucha, znalazła się przed ich obliczem bardzo szybko. Powróciła do wioski ze smoczej groty rankiem dnia następnego i tego też dnia znów widziano maszkarę – tym razem po raz ostatni, jak kołowała nad osadą, by przed zachodem odlecieć gdzieś w stronę płonącego czerwienią słońca – tak w każdym razie utrzymywał kościelny skryba, spisujący lokalne kroniki. Dziewczyna wróciła, ale nie chciała mówić wiele o tym, co w leżu bestii się wydarzyło. Mówiła jednak dosyć, by dało się zauważyć, że przestała się jąkać. Pośród gadzich skarbów znalazła jakąś kieckę, w którą odziała się w miejsce swoich wcześniejszych łachmanów. Wyszukała tam nawet jakiś naszyjnik, który połyskiwał teraz złotem spomiędzy jej rozpuszczonych włosów.

– Powiedzże waćpanna. Miał ten smok rogi, czy też nie – zagaił jeden z trzeźwiejszych chłopów z otoczenia podpitego gawędziarza.


Dziewczyna jednak nic nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko znad dekoltu haftowanej sukni i puściła do niego figlarnie oko, sprawiając, że oblał się rumieńcem. Potem, zawinęła się na pięcie, zamiotła dokoła burzą loków i popędziła do wyjścia, skąd spojrzała raz jeszcze, dla odmiany, nieśmiało spod opuszczonych rzęs, nim kręcąc kibicią, całkiem zniknęła za drzwiami.

podobne teksty

Sposób na smoka
Czyli o tym, jak dzielny i szlachetny rycerz w uczciwym pojedynku bestię pokonał.
 
Ejakulart
Porzućcie zarówno dawno już spenetrowane, ciasne horyzonty, gdzie szarpiecie się tylko w przód i w tył, niezdolni dokonać rzeczywistego postępu, jak i wasze niewiele większe, onanistyczne pracownie, w których skrywacie za meblami owoce swoich działań.
 

szukaj

archiwum

menu

 
 
 
draconica.pl
mapa strony
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług, personalizacji reklam i analizy ruchu. Informacje o sposbie korzystania z witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Korzystając z tej strony, wyrażasz na to zgodę.