Idąc ciemną doliną

2018.04.10, 20:22:07
tagi: smoki
Poniżej, w dolinie wśród gęstniejących przed nocą cieni dopalają się ognie. Tam właśnie muszę pójść. Wiatr ucichł na wieczór. Mam na sobie dwie warstwy oddychających, termoaktywnych ciuchów. Dlaczego się trzęsę? Poniżej, w dolinie rzednące powoli dymy zaczynają mieszać się z pasmami spływającej ze zboczy mgły. Tam właśnie muszę pójść… Ze stanowiska pod granią niemal widać miejsce, gdzie znajduje się platforma skokowa – droga do domu. Wydaje się być tak blisko, ale w górach odległości są zwodnicze. A poniżej, w dolinie, wśród czarnych skał trwa cisza. Śmiertelna cisza. Tam właśnie muszę pójść!
Jedno z wielu opowiadanek na jednym z wielu blogów na które trafiłam kiedyś przypadkiem przed niezbyt wielu laty i do dzisiaj pamiętam, i myślę że warto dać szansę, żeby przeczytał je ktoś jeszcze.

Tekst pochodzi z niniejszego bloga:
5i50100.wordpress.com/2012/10/06/idac-ciemna-dolina,
natomiast ilustracja do niego, (którą dzisiaj przypadkiem odkryłam) z innego bloga:
piotrsokolowski.blogspot.com/2012/10/idac-ciemna-dolina.html
bo – najwidoczniej – nie tylko mnie się spodobała owa historia.
–––
ilustracja

Poniżej, w dolinie wśród gęstniejących przed nocą cieni dopalają się ognie. Tam właśnie muszę pójść. Wiatr ucichł na wieczór. Mam na sobie dwie warstwy oddychających, termoaktywnych ciuchów. Dlaczego się trzęsę? Poniżej, w dolinie rzednące powoli dymy zaczynają mieszać się z pasmami spływającej ze zboczy mgły. Tam właśnie muszę pójść…

Ze stanowiska pod granią niemal widać miejsce, gdzie znajduje się platforma skokowa – droga do domu. Wydaje się być tak blisko, ale w górach odległości są zwodnicze. A poniżej, w dolinie, wśród czarnych skał trwa cisza. Śmiertelna cisza. Tam właśnie muszę pójść!


Nie, nie nie! Wcale nie musisz!

Muszę.

Nie! Tam ciemność. Tam krew! Nie masz tam po co wracać…

Nie mogę tego tak zostawić.

Możesz i zostawisz. Nie jesteś w stanie nikomu pomóc! Pomyśl o sobie!

O sobie…

Rozglądam się wokół siebie. Laptop wraz z podłączonym do niego blokiem sterowania i ustawioną obok anteną. Siatka maskująca i rozwieszone kamuflażowe płachty, chroniące sprzęt i mnie przed chłodnym wiatrem i wścibskim wzrokiem. Mój posterunek.

Jak niewiele trzeba, żeby poczuć się bezpiecznie.

Poniżej, w dolinie, dopalają się resztki poczucia bezpieczeństwa niemal dwóch setek ludzi.

Boję się tam iść.

Oczywiście, że się boisz! Jesteś przerażony, umierasz ze strachu… To nic złego. Tylko metoda przetrwania – dzięki temu twoi przodkowie nie dali się zjeść tygrysom szablozębnym. Bierz z nich przykład. Uciekaj stąd!

Pamięć podsuwa słowa dawno czytanej powieści, a świadomość chwyta się ich, jak obronnej mantry: „Nie wolno się bać. Strach zabija duszę. Strach jest małą śmiercią, a wielkim unicestwieniem…”

Och, daruj sobie te pseudofilozoficzne pierdoły! To ładnie brzmi w książce. Tu jest rzeczywistość, a ty masz jedno, prawdziwe życie! Jeśli umrzesz to koniec, finito, game over! Pieprz zabijanie duszy, uciekaj.

Nie! A jeśli przyjdą następni?

Nie przyjdą. Byliście ostatni.

A co, jeśli nie? Jeśli za nami jest jeszcze jakaś grupa? W całym tym chaosie, pośpiechu, bez łączności dalekiego zasięgu… mogli zabłądzić… Jeśli przyjdą?

Może obronią się sami. Zostawisz im jakieś ostrzeżenie… dadzą sobie radę.

Jasne! Tak jak my?! Byliśmy praktycznie całą siłą zbrojną, jaką dało się jeszcze zebrać w tym rejonie! Jeśli jeszcze ktoś idzie, pewnie w ogóle nie ma eskorty!

No właśnie. Skoro wam się nie udało, to jak możesz komukolwiek pomóc sam jeden?

Dobrze wiesz jak. Teraz, tylko teraz jest możliwość. Szansa.

Szansa? Szansa jedna na milion! Samobójstwo!

„Szansa jedna na milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć”

Zabawne. Lubisz Pratchetta, prawda? Jeśli zostaniesz, nie przeczytasz już żadnej książki więcej. Będziesz martwy. Zimny. Mięso. Chcesz tego? Myślę, że nie. Idź w góry. Maszeruj w nocy, ukrywaj się w dzień. Unikaj dolin i grani. Kieruj się do platformy. To się może udać!

Wokół mnie nagie, poszarpane turnie – wysmagane wiatrem, dzikie i puste. Wśród tych skał, wobec ogromnych szczytów, szerokich dolin człowiek wydaje się taką drobiną. Mógłbym tu przepaść na dobre, dojść do platformy. Może… Nie, bzdura. Ile mógłbym przejść bez jedzenia, bez wody? Cały czas kryjąc się, uciekając? Nie jestem pieprzonym komandosem, tylko informatykiem w okularach! A to jego teren. Znajdzie mnie. Znajdzie i zabije, nawet jeśli nie spróbuję…

Znajdzie? A może wcale nie? Widzisz, do tej pory cię nie zauważył!

Był zajęty… czym innym.

Zabijaniem…

Zabijaniem. Obrazy, zdarzenia sprzed kilku zaledwie godzin wracają i strach uderza jak młotem.

Uciekaj. Uciekaj!

Nie! Nie.

Spokojnie. Spróbujmy pomyśleć rozsądnie, rozważyć szanse.

Nie mogę być pewny, że nikt już nie przyjdzie. Ktoś mógł zostać. Mógł, prawda?

Nieprawda. Nikogo już nie ma. Ratuj siebie!

Ktoś może próbować przejść tędy do platformy. Ludzie – tacy jak ci, których nie zdołałem obronić. A ja przypadkiem wiem, jak mogą uniknąć śmierci. Strasznej śmierci.

To ciebie czeka straszna, straszna śmierć! I to bez sensu, bez celu, bo nikt już nie przyjdzie…

Żeby się udało, będę potrzebował sprawnej RG-rury i co najmniej jednego…

Płonące figurki ludzi, krzyk w słuchawkach, krew. Uciekaj!

Nie, mam szansę nie dopuścić, żeby to się powtórzyło!

Uciekaj!

Jeszcze raz. Jeśli postanowię jednak zejść w dół, będę musiał zaopatrzyć się w…

Straszliwy ryk, kłęby dymu i ogień eksplodujących pojazdów, krzyżujące się linie smugaczy. Uciekaj, uciekaj natychmiast!

Nie potrafię myśleć. W głowie tłuką się skrawki myśli, fragmenty obrazów, żołądek ściska lodowata pięść. Nie mogę myśleć – tylko czuję. Czuję, że muszę tam wrócić. Muszę spróbować.

Durniu! To mnożenie nieprawdopodobieństw. Pierwsze – że ktoś jeszcze w ogóle będzie tędy szedł, razy drugie, że tobie uda się osiągnąć cokolwiek, oprócz bezsensownej i bolesnej śmierci. Żyj! To też ważne. Może twoim przeznaczeniem jest wynaleźć lekarstwo na raka? Może powstrzymać wybuch bomby atomowej w Nowym Jorku?

…a może ocalić życie niewinnych ludzi, tu, teraz? Może urodziłem się właśnie po to, żeby w tym przeklętym miejscu zrobić coś dla nich? Może przynajmniej spróbować?

Nawet nie wiesz, czy ktokolwiek potrzebuje twojej pomocy, a twoje życie jest zagrożone na pewno. Uciekaj. Uciekaj! Inaczej czeka cię to, co tych na dole…

Patrzyłem, jak umierali i nic nie mogłem zrobić. Teraz mogę. Zejdę w dół.

Och, doprawdy? Zejdziesz? To czemu wciąż stoisz? Dlaczego tak trudno zrobić krok, ruszyć się? Boisz się, boisz, boisz! Nie zgrywaj kogoś, kim nie jesteś. Zrobiłeś co mogłeś, teraz ratuj siebie!

W dole, wśród podświetlanych dogasającymi płomieniami mgieł, czarne skały czekają w milczeniu. Kim nie jestem? A jeśli ktoś przyjdzie? Jeśli jednak…?

Potrzebuję ciszy w środku. Potrzebuję siły.

– Choćbym chodził ciemną doliną… – mój własny głos brzmi tak obco – …zła się nie ulęknę, bo…

Bo co?! Jesteś sam. Dookoła nikogo. Popatrz sobie – no popatrz! Tam ciemność! Tam ogień! Tam śmierć!

Dość tego. Dość! Napięcie przekracza jakąś wewnętrzną granicę. Strach blednie.

Wyobrażam sobie siebie, maleńkiego człowieczka, z miną Clinta Estwooda stającego naprzeciw ważącego kilkanaście ton smoka i rzucającego mu przez wykrzywione pogardliwie usta krótkie „spierdalaj, jaszczurko”!

– …zła się nie ulęknę, bo to ja jestem najwredniejszym sukinsynem w tej dolinie!

Ciszę zmierzchu wypełnia mój szalony, histeryczny śmiech.

A potem ruszam w dół, w cienie.


* * *

Wieczór jest cichy i zimny.

Konwój we śnie jest jak zbłąkany pies, który zwiną się w kłębek zbyt obolały i słaby, by iść dalej. O świcie wstanie, aby noga za nogą wlec się w kierunku celu, ale teraz musi odpocząć. Śpi nerwowo, niespokojnie, choć śni o domu. Ludzie wokół też śnią o domu. Tym pierwszym, prawdziwym – o Ziemi.


Trzy dostawcze ciężarówki i dwa traktory z przyczepami, wyładowane ludźmi, którzy przybyli tu szukać lepszego życia. Ewakuują się niemal bez niczego, w pośpiechu, za cały dobytek mając to, co zdołają unieść. Za całą eskortę – nas. Niepełny pluton kontraktorów Sił Ochrony EMAR. Załoga posterunku w Evergrey: – dwa patrolowe dżipy IVECO LMV, jeden HMMWV w wariancie eskortowym, jeden UAV Orbiter – lekki, bezzałogowy samolocik zwiadowczy.

I ty, który jak ostatni łoś dałeś się wrobić i zgodziłeś zostać z nimi.

Potrzebowali kogoś, kto potrafiłby się zająć Orbiterem. Prosili…

Właśnie. To była prośba, nie rozkaz. Mogłeś ewakuować się z poprzednią turą. Już byłbyś w domu.

Pomyślałem, że mogę się przydać.

No i wygląda na to, że się przydałeś. Idź już na tą odprawę, powiedz im.


Jest nas czterech – czterech ludzi odpowiedzialnych za los niemal dwóch setek. Major Polesky, dowódca eskorty, Hughes, koordynator z EMAR, mer Evergrey, którego nazwiska jakoś nie potrafię zapamiętać i ja, najmłodszy rangą, stażem, wiekiem. Nas czterech i wielka kupa gówna, które zaraz wpadnie w wentylator. Jak zacząć?

Może: Panie majorze, mam dwie wiadomości: dobrą i bardzo, bardzo złą. Którą najpierw?

– Panowie, pozwólcie mi na małe wprowadzenie. – Na ekranie wzmocnionego, wojskowego notebooka, w otwartym oknie poskładanej ze starych zdjęć lotniczych fotomapy widać tylko szaro-białe morze skał przecięte krętą, cieniutką żółtą linią. To nasza droga. Biegnie skądś, spoza ekranu, na północ, do zielonego kwadratu w samym środku wysokich jak Alpy gór. Ten kwadrat oznacza cel – platformę skokową S1/9. Zatrzymuję kursor na żółtej linii, blisko oznaczenia platformy – Jesteśmy tutaj.

– Do platformy pozostało nam około dwóch dni marszu, o ile średnia prędkość kolumny utrzyma się na poziomie 15 km/h. – Droga jest w fatalnym stanie, nie była remontowana od wyłączenia S1/9 ze stałego użytku. Codziennie tracimy mnóstwo czasu na odwalanie skalnego rumoszu, łatanie wyrw i budowanie prowizorycznych przepraw tam, gdzie spływająca ze zboczy woda rozmyła drogę.  Klikam, i na fotomapie, jakieś 20-30 kilometrów na południe od naszej obecnej pozycji i coś ze trzy kilometry na zachód pojawia się czerwony punkt. Otwieram podczepiony do niego plik ze zdjęciem.

– Zauważyłem to wczoraj, podczas wieczornego zwiadu. Proszę zwrócić uwagę na zaznaczony obiekt. – Zbliżenie. Szaro-czarna grań – ostra, postrzępiona, szczerząca zęby. A na niej, niczym narośl, dziwna struktura. Zupełnie, jakby ktoś – coś? – podgrzało skałę tak, że zmieniła się z lawę i zaczęła spływać, zastygając w gładkie strumienie, jęzory i krople.

Cisza.

Nie wiedzą, na co patrzą.

– Dziś podczas porannego i wieczornego lotu puściłem „ptaka” na szersze poszukiwania. Oto efekt. – Otwieram plik: inne miejsce, inna grań, taka sama struktura. Otwieram następny – zastygła skała, jak nadtopiona świeczka. Po nim jeszcze jeden. I jeszcze. Wyświetlam na fotomapie lokalizacje struktur. Czerwone punkciki układają się w łuk. Gdyby pociągnąć go dalej, powstałby nierówny okrąg, wewnątrz którego znaleźlibyśmy się my, droga i platforma S1/9.

Cisza trwa, patrzą na mnie. Nie rozumieją?

Wciąż nie rozumieją!

Mam im do przekazania dwie wiadomości. Najpierw dobra: dotarliśmy aż tu i wciąż jeszcze żyjemy. Ta bardzo, bardzo zła brzmi: ten stan może się lada moment szybko i gwałtownie zmienić.

– Panie majorze, to są znaki terytorialne. Jesteśmy na terytorium smoka.


Gdzieś w głowie – a może w sercu? – biegnie cienka granica między płynącą z przekonania, że jesteśmy w stanie kontrolować sytuację pewnością siebie, a rodzącym panikę poczuciem bezradności wobec czegoś, co nas przerasta. Tych trzech mężczyzn przede mną to ludzie, którzy wiele przeszli. Potrafią panować nad emocjami, są nauczeni stawiać czoła wyzwaniom. Trzech mężczyzn, trzy pary oczu. We wszystkich jedno przerażenie.


– Czy on nas zaatakuje?

Boże, czy to nie jest absolutnie oczywiste?!

– Jeśli tylko nas zauważy, zaatakuje z całą pewnością, sir.

– A jakie są szanse, że nas zauważy?

Wysokie. Chyba. Znaki wyglądają na niedawno odświeżane, więc może być w pobliżu. Ale terytoria starszych osobników są duże – świeże znaki mogą oznaczać, że był tu niedawno i teraz poleciał gdzie indziej. Smoki dość często zmieniają miejsce pobytu w ramach swojego rewiru, choć zawsze starają się wrócić na noc do jednej z bezpiecznych kryjówek. Więc są szanse, że go tu nie ma. Być może. Do cholery, nie jestem wróżką, tylko oficerem zwiadu! Elektronicznego!

Jesteś tu kimś, kogo z braku lepszych kandydatów można uważać za eksperta od smoków, pamiętasz? Podrywałeś na to panienki…

– Szanse są wysokie, sir. Smoki bardzo pilnują terytorium – i jeszcze bardziej, nienawidzą nas.

Major jest spocony. Mer nieistniejącego już Evergray wygląda, jakby miał zaraz zwymiotować. Urzędnik EMAR bezskutecznie próbuje zapalić papierosa. Nie jest w stanie trafić palcem w przycisk zapalniczki. Wreszcie trafia i drżącymi rękami przystawia płomień do tytoniu. Już wie, co trzeba zrobić.

– Majorze Polesky, musimy działać według instrukcji E.


Instrukcja E. E jak Emergency. Instrukcja jest jasna. Instrukcję znają wszyscy. Personel wojskowy, urzędnicy i animatorzy z EMAR, osadnicy. Wszyscy, którzy chcą żyć. „W przypadku zagrożenia kontaktem ze smokiem, oddział lub konwój powinien zostać rozproszony, chyba, że dysponuje uzbrojeniem umożliwiającym skuteczną neutralizację zagrożenia”.

Rozproszenie. Instrukcja nie precyzuje, jak 40 letnia kobieta z dwójką dzieci ma pokonać 140 kilometrów górskich bezdroży. Jak ubrany we flanelową koszulę pięćdziesięciolatek z nastoletnim synem z włosami na żel mają zorientować się w terenie, znaleźć drogę. Jak małżeństwo sklepikarzy ma zdobyć pożywienie i zbudować sobie schronienie przed deszczem i zimnem.

Nie precyzuje też, jak w przeciwnym razie mieliby się obronić przed kulami ognia tak gorącymi, że topią stal. Przed pazurami długimi jak samurajskie miecze. Przed kłami, zdolnymi miażdżyć samochody.

Instrukcję znają wszyscy. Instrukcja jest jasna. Rozproszenie –  „…chyba, że dysponuje uzbrojeniem umożliwiającym skuteczną neutralizację zagrożenia”. Nawet Hughes i mer wiedzą, że wszystko, co mamy to dwa ciężkie karabiny maszynowe 12 mm i trzy granatniki RPG-7. Jestem tu kimś, kogo z braku lepszych kandydatów można uważać za eksperta od smoków. Wiem, czego będzie dotyczyło następne pytanie i bardzo mi się ono nie podoba.

– Poruczniku Mullen. Potrzebujemy oceny sytuacji. Czy da się zabić smoka za pomocą RPG-7?

Powiedz im.

Chciałbym, żeby to było takie łatwe.

Nie przesadzaj. Ty jedynie dostarczasz informacji, to oni podejmują decyzje.

Jasne. I tylko przypadkiem wszystko zależy od tego, co teraz powiem. Może powinniśmy jechać nocami? Smoki nie latają w ciemnościach…

Kogo próbujesz nabrać? Nocą, po tej drodze?! Byłoby dobrze, gdyby zamiast 15 na godzinę udało się wyciągnąć 5! Zresztą, i tak nie udałoby się ukryć z całym tym majdanem w dzień.

Jeśli pójdziemy dalej w dzień, mamy może coś ze 20% szans, że dotrzemy do celu niezauważeni. Że nas nie dopadnie. A jeśli dopadnie – zginiemy wszyscy. Nie trzeba być ekspertem od smoków, żeby wiedzieć, że one nie zostawiają żywych.

Widzisz? Właśnie po to jest instrukcja! Rozproszymy się i…

I niemal na pewno część przeżyje.

Właśnie!

Mała część. Może dziesiątka, może dwudziestka. Jeśli uwzględnić konieczność unikania dróg i ukrywanie się, to od platformy dzieli nas ponad tydzień ciężkiego marszu przez dzikie góry. Dwójkami i trójkami, bez sprzętu, bez wsparcia. Większość – zwłaszcza kobiety, dzieci, chorzy, starsi – umrze z wycieńczenia i wychłodzenia albo zostanie… upolowana.

Zgadza się. Ale pomyśl: przeżyją najsilniejsi, najlepiej wyszkoleni, najwytrzymalsi. Wyszkoleni młodzi mężczyźni. Rozumiesz? Tacy, jak ty. Ty!

Ja? Ja też wątpię, czy bym dał radę. Ocaleje dwudziestka? Toż to garstka! Nie mam prawa skazywać pozostałych.

Aż dwudziestka, tak o tym myśl. Dwudziestka, albo nikt. Nie masz prawa narażać wszystkich!

Cisza. Patrzą na mnie, czekają. Ręce majora drżą niemal niezauważalnie. Dlaczego? Tak, już rozumiem. 55 lat i solidna nadwaga – wie, że on nie dałby rady. Że jeśli się rozproszymy, jest skazany.

Drań próbuje tobą manipulować. Chce, żebyś kłamał.

Nie zamierzam kłamać.

Zza płóciennych ścian namiotu, w ciszy śpiącego ciężkim snem obozu rozlega się rozpaczliwy, rozdzierający płacz obudzonego dziecka. Kobiecy głos zaczyna śpiewać kołysankę i płacz powoli ustaje. Nie rozróżniam słów, ale wiem, co znaczą. „Już dobrze, mój maleńki. Jestem przy tobie, nie bój się. Jesteś bezpieczny.”

Och Boże… Daruj sobie te tanie sentymenty, to żałosne.

– Poruczniku Mullen?

Czasem po prostu trzeba zrobić to, co trzeba.

– Przepraszam majorze, musiałem przypomnieć sobie parametry amunicji, którą mamy. Tak, granaty kumulacyjne PG-7V wystrzeliwane z RPG-7 są w stanie zabić smoka.

– Dziękuję poruczniku – Polesky zaczął nagle emanować profesjonalną pewnością siebie. – Panowie, wyruszamy o świcie. Mullen, ile mamy zestawów baterii do Orbitera? Jesteś w stanie zapewnić nam ciągłą obserwację? Utrzymać go w powietrzu przez cały dzień?

– Trzy, sir. Jeśli podwiozę ptaszka na plecach w górę zbocza i wystartuję stamtąd, nie trzeba będzie marnować energii na to, żeby wdrapał się na pułap operacyjny o własnych siłach… Myślę, że dam radę trzymać go w górze przez 9 godzin. – I tak przy każdym locie zwiadowczym tacham cały ten złom jak najwyżej i zakładam stanowisko blisko szczytu. W górach fale radiowe zachowują się całkiem nieprzewidywalnie i gdybym siedział na dole, mógłbym sam nawet nie wiedząc kiedy stracić kontrolę nad UAV-em.

– W porządku. Weźmiesz jedną Hondę, pojedziesz do przodu i zajmiesz stanowisko gdzieś, skąd będziesz miał dobry widok. Chcę mieć oko na niebie od świtu do zmierzchu. Jasne?

– Tak jest, panie majorze.

– A teraz ściągnij mi tu dowódców drużyn i sierżanta Ravano. Za 15 minut zaczynamy omawiać plan obrony.


* * *

I nagle był.

– Red, Red, Red! Idzie od słońca! Kontakt za 30 sekund!

Jak wielki ptak. Jak cień. Tak cicho, tak szybko! Nie zauważyłeś go!

– Tu Oko, Red, Red, Red! Od słońca, 30 sekund! Red, Red, Red!

<Potwierdzam, Oko>

<Wykonać Alamo, powtarzam, wykonać Alamo>

25 sekund. Przyspiesza.

Czekał drań do wieczora, aż słońce będzie świeciło prosto w osi doliny. Nabrał wysokości i poszedł w ślizg. Dałeś się podejść jak gówniarz! Nic nie zdążą zrobić!

Zdążą. Pół minuty to masa czasu. Zdążą!

Tak – pomodlić się.

20 sekund.

Obraz rejestrowany przez kamerę wiszącego półtora kilometra nad doliną Orbitera jest krystalicznie czysty. Jak na wyciągnięcie ręki: porzucone traktory, puste ciężarówki, gromada mrówek rozbiegających się jak przed stąpnięciem gigantycznej stopy – we wszystkie strony, między skały. Ci, których mamy chronić. Szybciej. Szybciej! Dwa lekkie łaziki IVECO zostawiają za sobą na kamieniach ślady przypalonej gumy, zajmują pozycje na skrzydłach, z boków doliny. Jeden z lewej, drugi z prawej. Z każdego wyskakują malutkie sylwetki, wśród nich dwie mają w rękach długie, czarne rury. Nasza poradziecka artyleria – RPG-7.

„Czy da się zabić smoka z RPG-7? Poruczniku Mullen?” Czy się da? Musi się dać. Musi.

<Hit jeden, gotów>

Nie widzę gdzie jest trzeci element planu ogniowego. Gdzie Johanson na swojej Hondzie?

<Hit dwa, gotowi>

<Hit trzy, na miejscu>

Jest. Na moim zboczu, trochę wyżej niż inni. Czyli wszyscy na pozycjach.

5 sekund. Jest blisko! Jest tuż!

Sznur kolorowych koralików rusza z ziemi ku niebu – za nim drugi, trzeci… Kaemy i broń ręczna. Za daleko. Za daleko!

<Hit jeden-trzy, strzelać bez rozkazu!>

Wtedy smok wypluwa pierwszą kulę ognia.

<Boże! Uwaga!><T.. to leci…>

Obraz rejestrowany przez kamerę wiszącego półtora kilometra nad doliną Orbitera jest krystalicznie czysty ale całkowicie niemy. Ze słuchawkami radiostacji na uszach nie słyszę wycia powietrza, gdy kula smoczych płomieni uderza w IVECO. Nie słyszę huku eksplodującego zbiornika paliwa, jęków torturowanego materiału, gdy samochód zmienia się w stertę roztopionego metalu. Krzyków płonący ludzi…

<Medyk! Medyk, do Hit dwa!>

<Uwaga, idzie w lewo!>

Kula ognia. Koraliki smugaczy z prawej i z lewej oplatają na chwilę smukłą, skrzydlatą sylwetkę, a potem układają się za nią, nie mogąc nadążyć za jej płynnymi zakrętami. Jak on pięknie tańczy…

<Na dziewiątej!>

<Nie, nie! Jezusie Maryjo… >

Kula ognia.

<Johanson, na trzy!>

<…oger, Hit jeden!>

<…trzy!>

Dwie smugi dymu, z prawej i ze środka. Dwa granaty RPG, jak kleszcze – perfekcyjna synchronizacja.

Boże, to się może udać… Nie mogło. To nawet nie był unik – smok minął lecące pociski, minął, jakby stały w miejscu.

<Shit!!>

<Gdzie on jest? Gdziee??>

Kula ognia.

<Hit jeden?>

Nie słyszę wybuchów ciężarówek. Jest tylko ekran. I wiatr na twarzy. I głosy w słuchawkach, pełne paniki i przerażenia głosy ludzi, którzy nie mają dokąd uciec.

<Hit jeden?! Justin!?>

Kula ognia.

Obraz zaczyna zasnuwać się dymem. Gęstym, czarnym – to płonie paliwo. Płoną samochody. Płoną ludzie… Nic nie widzę! Kanał termo. Nadal niewiele. On widzi doskonale. Pamiętasz? „…dotychczasowe badania wskazują, że smoczy zmysł termowizyjny zapewnia im zobrazowanie trójwymiarowe o rozdzielczości nieustępującej… ” Właśnie! Ravano. Gdzie nasza zasłona?!

– Zasłona!

<Wykonać Zasłona!>

Gdzie jest nasz „gorący dym”?!

Zapomnij o Ravano. Zapomnij o zasłonie dymnej. Wszystko stracone…

<Z prawej! Z prawej! Strzelaj!>

<Wal się, gadzie!!>

Kula ognia.

<Trafiłem go! Trafiłem! Tra…>

<Nie widzę. Nie widzę!>

Panika. Przerażenie.

<Zasłona!! Gdzie te cholerne dymy?!>

Kula ognia. Druga. Trzecia. Czarny dym zasłania wszystko.

Johanson wybiega zza skały, porzucając RPG-a pędzi na oślep, potyka się, przewraca. Wstaje i zataczając się biegnie znowu… byle dalej, w górę zbocza… Nie słyszę krzyku. Smok niemal nie zwalniając, pociągnięciem łapy miękkim i płynnym jak ruch tai-chi zdejmuje mu głowę z szyi.

Dym, dym, dym. Nie ten! <Boże…!> Błyski ognia.

Nie ma już kolorowych koralików smugaczy, nie ma głosów, tylko kłęby dymu, błyski ognia.

Termiczne punkciki ludzi rozsypane między skałami jeden za drugim zaczynają znikać, aż gasną wszystkie.


Cisza.

W radiu statyczny szum fali nośnej. Trzaski zakłóceń.

Obraz rejestrowany przez kamerę wiszącego półtora kilometra nad doliną Orbitera jest niewyraźny, pełen dymu.

W środku kadru obejmującego niewielki kawałek piekła, które zstąpiło na tą obcą ziemię siedzi smok.

Przeżuwa coś… Kogoś! Coś.

Coś, co jeszcze przed chwilą było kimś.

Tylko wiatr świszcze dookoła, kiedy drżącymi rękami, ocierając łzy zdejmuję słuchawki i odwracam się od ekranu. Od rzeczywistości.


* * *

Ciemność. Droga w dół jest straszna. Kiedy na niebie ostatecznie zgasły ostatnie ślady dnia, natychmiast straciłem orientację. Maleńka, diodowa latarka-czołówka daje dość światła, żeby zobaczyć miejsce, w którym postawi się następny krok, ale nie pomaga odnaleźć właściwej drogi. To coraz bliższe, dogasające powoli ognie pożarów pozwalają mi utrzymać właściwy kierunek marszu. Gdyby ciemność zapadła piętnaście minut wcześniej, niemal na pewno nie znalazłbym na zboczu tego miejsca, z którego strzelał Johanson. Miejsca, gdzie został jego RPG.

Miejsca, gdzie Johanson zginął…

Załadowany granatnik jest długi, ciężki i nieporęczny. Powinienem nieść go przewieszonego na taśmie przez plecy, ale…

Ale wolisz udawać Rambo, bo wydaje ci się, że jak zza skały wyskoczy smok i krzyknie „buuu” to go zastrzelisz i będzie po wszystkim.

Smoka tu nie ma. Nim zapadł zmrok, odleciał gdzieś – do bezpiecznej, sprawdzonej kryjówki. One są ostrożne, sprytne, szczwane. Nie zaryzykowałby snu w przygodnym miejscu. A szczególnie, na polu bitwy. Szkoda. Wtedy zabicie go byłoby prostsze… Smoka tu nie ma, wróci dopiero rano. Na śniadanie… Ale rzeczywiście, trzymanie w ręku broni daje poczucie bezpieczeństwa, które pomaga mi iść dalej.

Złudne poczucie. Johanson też miał RPG-a. Widziałeś, co z niego zostało.

Spanikował.

…a prawdopodobnie był odważniejszy od ciebie. I na pewno lepiej wyszkolony w posługiwaniu się rg-rurą. Jakie szanse masz ty?

Kamienie osuwają mi się spod butów, przytrzymuję się skały, żeby nie upaść. Za pasek mam wetknięty zapasowy granat kumulacyjny. Wolałbym się na niego nie przewrócić. Ognie są tuż, a gdzieś wśród nich jeszcze jedno miejsce, w które muszę pójść. Jeszcze jedna rzecz, którą muszę sprawdzić.


„- Jeśli nie unieszkodliwimy go pierwszą salwą, uruchamiamy plan Zasłona. Dym, czy raczej sztuczna mgła jest nieprzenikliwa dla promieniowania zarówno pasma widzialnego jak i bliskiej i dalekiej podczerwieni więc może skutecznie osłonić nas przed smokiem. Przynajmniej tak twierdzi porucznik Mullen. Na ilu smokach to sprawdzałeś, Mullen? – Śmiech.

– Szczerze mówiąc, ten będzie pierwszy, panie majorze…

– Nie ciesz się na zapas Mullen, może wcale nie będzie! – Śmiech raz jeszcze, nieco nerwowy. – Dobrze. Ravano – granaty dymne są w twoich rękach. Po sygnale Alamo ustawiasz HUMMVE z wyrzutniami centralnie, tak, żeby objąć zasłoną jak największy obszar i spieszasz chłopaków w osłonie. Strzelasz granaty bez rozkazu, natychmiast po pierwszej salwie RPG, albo na żądanie dowolnego zespołu, sygnał Zasłona. Pod osłoną dymu zespoły Hit jeden, dwa i trzy przeładowują rury i zmieniają stanowiska ogniowe, a zespoły Rescue od jeden do siedem wyprowadzają przydzielone grupy cywilów w góry, w ustalonych kierunkach. Po opadnięciu mgły zespoły Hit będą miały drugą szansę na trofeum. Czy są jakieś pytania?”

Tak. Dlaczego Ravano nie odpalił dymów?

Czy to nie oczywiste? Mam ci wytłumaczyć? Pojawiła się taka duża, latająca jaszczurka i…

Jest! Światło latarki wycina z ciemności kanciastą, niską sylwetkę HUMMVE z wyrzutniami granatów dymnych na dachu. Samochód stoi pusty, z otwartych drzwi zwisa niknący w ciemności kabel. To tu. To to. Idę za nim, aż w kręgu światła pojawia się niewielka zielona skrzynka. Wynośny pulpit sterowania. Konsola do odpalania granatów dymnych. Ravano…?

Tam, na tamtym głazie, pięć metrów w lewo. Widzisz ten rozprysk czerwieni?

Ravano…

Mówiłem ci, co się stało.

Nie. To nie tak, on próbował. Twardy plastik przycisku odpalania jest niemal strzaskany, jakby ktoś walił w niego młotkiem.

To chyba nie był młotek. Przycisk jest czerwony i lepki…

To nie był młotek. Wyłączam latarkę, ale nie potrafię wyłączyć obrazów, które pojawiają się pod moimi powiekami. Obrazów człowieka, który klęczy w samym środku rzezi, wśród krzyków, ognia, gorączkowych wezwań przez radio, nieustającego huku wystrzałów. Cały ten kończący się świat dla niego nie istnieje – on jest całkowicie skoncentrowany na czynności, która ma ocalić wszystkich: wciskaniu jednego małego kawałka plastiku w drugi. Powtarza ją raz za razem, z uporem, z narastającą rozpaczą, z szaleństwem, z obłędną nadzieją. Nie zwracając uwagi na ból rozbitej dłoni. Bezskutecznie.

Zbyt przerażony, żeby zauważyć, że bezpiecznik urządzenia jest ustawiony na NIEUZBROJONE.


* * *

„Poruczniku Mullen, czy smoka da się zabić za pomocą RPG-7?”

Smok nie jest niezniszczalny. Jest jednak nieprawdopodobnie odporny – nic lżejszego niż rdzeniowe, przeciwpancerne pociski 20 mm nie jest w stanie nawet go zadrasnąć. Nie kłamałem: kumulacyjna głowica granatu do RPG-7, która potrafi przebić ponad pół metra pancernej stali, bez problemu może poradzić sobie też ze smoczą skórą i zmasakrować wszystko, co znajduje się pod nią.

Ale to przecież nie jest odpowiedź na pytanie.

„Poruczniku Mullen, czy smoka da się zabić za pomocą RPG-7?”

Teoretycznie to możliwe, panie majorze. Z tym, że najpierw trzeba go trafić.

Trzeba go trafić…

Bydlę jest naprawdę wielkie, więc to nie powinno być takie trudne, prawda? Polesky pewnie tak myślał. W przeciwieństwie do ciebie, nigdy nie widział smoka w akcji.

Ruchy tak szybkie, że umykają zmysłom. Zwroty tak ciasne, że nie powtórzyłby ich żaden pojazd. Przeciążenia, których nie zniosłoby żadne zwierzę tej wielkości. Napędzany rakietowo granat z RPG leci z szybkością ponad 290 m/s – dla smoka, jeśli zauważy, że jest ostrzeliwany, uniknięcie go jest równie łatwe, co dla nas zejście z drogi śnieżki rzuconej ręką dziecka.

Trafienie smoka z PRG-7 graniczy z niemożliwością.

Chyba, że nie da mu się czasu na reakcję.


Ostatnie machnięcie skrzydłami przed lądowaniem. Na sekundę zanim wyciągnięte w dół tylne łapy dotkną ziemi, na sekundę zanim potężne skrzydła zwiną się na grzbiecie. W tym jednym momencie schwytany przez siłę, na którą nie ma wpływu – bezwładność – smok jest bezbronny. Nawet potężne smocze skrzydła nie są w stanie natychmiast poderwać do lotu, czy rzucić do uniku kilkunastu ton, które właśnie zostały wyhamowane do zera. Nawet smocze mięśnie i szybkość nie pomogą, kiedy łapy nie dotykają gruntu. Sekunda – sekunda wymuszonego bezruchu w momencie lądowania. Wtedy go zabiję.

Jesteś szalony! Opierasz wszystko na trafieniu w ten jeden moment? Co ty sobie do cholery myślisz, że jesteś jedi czy co?! „Luke, wyłącz komputer”? Lepiej „Trust your feelings”. Pomyśl o tym. Poczuj to. Naprawdę wierzysz, że uda ci się go zabić?

Tak.

Kłamiesz! Sekunda. Se-kun-da. To mówi się dłużej, niż trwa! Jak ty chcesz to zrobić? „Free your mind”?!

Wystarczy wyczekać na odpowiedni moment i nacisnąć spust. Nie muszę być szybki. Granat jest.

Oczywiście. A ten odpowiedni moment podpowiedzą ci zapewne midichloriany. Obudź się idioto! To nie film, chodzi o twoje życie! Zrobiłeś, co należało. Zszedłeś tu. Upewniłeś się, że nie ma już komu pomagać. Naprawdę. Teraz zadbaj o siebie!

Chodzi o coś więcej.

Jasne, o twój indukowany popkulturowym bełkotem instynkt samobójczy! Chcesz, to proszę: Będziesz miał sekundę, tak? Granat po rozpędzeniu się leci 290 metrów na sekundę, tak? Minus start, przyspieszanie – liczmy, że w pierwszej sekundzie przeleci 100 metrów. Dodajmy margines na wypadek, gdyby midichloriany cię zawiodły i strzeliłbyś z lekkim opóźnieniem. Wychodzi, że powinieneś być maksymalnie o jakieś 60-70 metrów od niego. Teraz zostają dwa drobiazgi: skąd będziesz wiedział, gdzie on wyląduje i jak sprawisz, że cię nie zauważy, póki nie będzie za późno. Widzisz? Tego nie da się zrobić.

Da się i ja to zrobię.


Dno doliny tonie w ciemnościach, coraz słabiej rozświetlanych przez gasnące już ognie. Labirynt czarnych skał, jaśniejsza wstęga drogi. Plamy niespokojnych świateł tam, gdzie dopalają się samochody. Dobrze, że jest ciemno. Dobrze, że nie widzę… Ludzi.

Ciał. Poszarpanego, przypalonego mięsa. Chcesz skończyć tak samo?

„Obraz rejestrowany przez kamerę wiszącego półtora kilometra nad doliną Orbitera jest krystalicznie czysty…” Pamiętam. Tam, po prawej są skały. W tą stronę – schodzący niemal do połowy doliny piarg. Droga jest przytulona do zbocza. Ciasno tu. Lądowanie inaczej, niż w osi byłoby trudne, przy zboczach powstają turbulencje. Myślę, że wiem, gdzie on wyląduje.

Twoja beztroska pewność siebie jest powalająca. Zasługujesz na Nagrodę Darwina.

Zasługuję? Nie wiem, na co zasługuję. Wiem, co powinienem.

Ja też to wiem. Powinieneś ocalić siebie. Jeśli nie z innych powodów, to choćby dla tych, którzy cię kochają. Matki. Brata. Moniki… Pomyśl o ich łzach i ich cierpieniu.

Drżące płomyki w ciemności. Zimno obcego świata. Ci, którzy leżą tu, w około, też mieli matki. Rodziny. Kogoś, kto ich kochał i na nich czekał.

Nie wrócisz im życia.

Mogę ocalić następnych.

Dobrze, ale zrób to z głową. Weźmiesz motocykl i zapasy. Nie będziesz się przedzierał górami, tylko pojedziesz drogą pod osłoną ciemności. Na jednośladzie da się jechać dużo szybciej w tym terenie. Nim wstanie świt, będziesz daleko – ukryjesz się gdzieś i poczekasz do zmierzchu. Potem jeszcze jedna taka noc – może dwie – i będziesz przy platformie skokowej. I w domu. Powiesz, jak wygląda sytuacja, a oni wyślą tu ze dwa transportery opancerzone z działkami 30 mm i pluton piechoty z kierowanymi pociskami p-panc. Ktokolwiek miałby jeszcze przyjść, będzie bezpieczny jak wszyscy diabli.

Ktokolwiek miałby jeszcze przyjść będzie martwy. Trzy dni w jedną stronę, dzień-dwa na zebranie kogo tam będą akurat mieć pod ręką i wyproszenie gdzie trzeba pozwolenia na skok powrotny, potem jeszcze dzień na dotarcie choćby w to miejsce. Za długo. Mam szansę go zabić tu i teraz.

Pomyślałeś, jak się przed nim schowasz? Czy będziesz tu stał i czekał?!

Nie będę stał.


Karimata i kilka koców, przykryte płachtą z termoizolacyjnej folii NRC i maskującym ponchem przyrzuconym wyschniętym zielskiem, brudnym śniegiem i kamieniami. Moje legowisko i stanowisko ogniowe. Nie będzie się rzucać w oczy.

Nie będzie też wygodne.

Nie musi. Musi zamaskować moje ciepło. Ukryć mnie.

Kryjówka zaszczutego zwierzęcia.

Ukrycie polującego drapieżnika. Teraz wystarczy tylko położyć się tu i czekać.


* * *

Cisza. Bezruch. Słońce.

Świt.

Światło wieczoru jest miękkie i delikatne, zaciera kontury. Malując rzeczywistość w delikatne światłocienie zostawia pole do interpretacji, miejsce dla marzeń. Świt jest zupełnie inny. Jasne, chłodne promienie wycinają świat ostrych kontrastów, bez miejsca na półcienie, bezlitośnie obnażając każdy szczegół, pokazując prawdę.

Zobacz, co zrobiłeś.

Nie chcę patrzeć.

Przez lodowate godziny nocy wspomnienia wracały tysiące razy, przeplatając się z jawą, zdeformowane i przerażające. Nie chcę patrzeć, ale dno doliny oświetlone porannym słońcem ma magnetyczną siłę prawdy absolutnej. W krystalicznie czystym powietrzu, ciszy i bezruchu, w jasnym świetle świtu skały, przedmioty i ludzie tworzą surrealistyczną kompozycję.

Wszystkie jednakowo martwe. Jednakowo bezwolne.


Cisza. Bezruch. Słońce.

Delikatny wiatr porusza powietrze, kołysząc rachityczną trawą, przewracając kartki nadpalonej książki.

Każdy element tej układanki, każdy okruch skały, ziarnko piasku, porost – każdy pogięty kawałek metalu i każde ludzkie ciało umieściły tu siły, wobec których jestem niczym. Przypadkowe i celowe zarazem, cierpliwe, potężne, nieogarnione. Kim jestem, żeby grozić pięścią przeznaczeniu? Bogu? Naturze?

Obolały i zmarznięty, oślepiony słońcem, stojąc przed swoją norą, nie mogę znaleźć odwagi – bo nie ma już we mnie strachu. Nie mogę znaleźć pragnienia zemsty – bo nie ma już we mnie gniewu. Nie mogę znaleźć wiary – bo nic już nie wymaga wyjaśnień.

Krew jest tylko czerwonym płynem, który przenosi tlen. Ciała to mięśnie, kości, skóra – mechanizmy do życia. Skała to tylko przeobrażone pod wpływem wulkanizmu osady z dna przedwiecznego morza. Wszystko, co się zdarzyło, musiało się zdarzyć. Tak nieuchronnie, jak wypiętrzenie gór. Tak nieuchronne, jak upadek kropli deszczu. Jak wschód słońca.

Obraz w blasku świtu jest oczywisty, prosty i jasny, bez miejsca na marzenia.

Nie stało się nic wielkiego. Świat kręci się dalej. A ja tutaj umrę.

Nie! Nie możesz umrzeć!

To nieuniknione. Tak musi być.

Nic nie jest nieuniknione.

Nie mogę walczyć z przeznaczeniem. Jestem tylko człowiekiem.

Nie. Jesteś CZŁOWIEKIEM! Ludzie oszukiwali przeznaczenie! Pokazywali wała bogom, od chwili kiedy ich wymyślili! Ludzie pieprzą naturę w dupę, kiedy tylko mogą! Ludzie żyją i umierają dzięki irracjonalnemu gniewowi i miłości, są jak szczury, jak karaluchy, jak wirusy, nie do pokonania, bo dążą do celu wbrew szansom i prawdopodobieństwu! Więc nie chrzań mi tutaj o przeznaczeniu, tylko walcz! Walcz o swoje życie!


Wiatr. Wiatr. Przestrzeń i wiatr raz jeszcze. Puls. Oddech.

Ciepło słońca na twarzy. Ból w pokaleczonej o kamienie dłoni. Smród śmierci.

Błękit nieba. Zginająca się dłoń. Spalony wrak.

Piękno. Doskonałość. Koszmar.

Jestem…

Jesteś CZŁOWIEKIEM!

Jestem człowiekiem. I będę walczył.

Wiatr. Słońce. Czarna plamka na błękitnym niebie.

Strach.


* * *

Dwanaście do osiemnastu ton wagi. Rozpiętość skrzydeł sięgająca dwudziestu metrów. Odporny, szybki, inteligentny. Nadlatuje smok, a wraz z nim przybywa jego nieodłączny towarzysz – przerażenie.

Zniża się, miękkimi zakrętami wytracając szybkość i jednocześnie lustrując okolicę. Leci coraz wolniej. Wybiera miejsce do lądowania.

Jeśli wyląduje gdzie indziej, nie będziesz miał swojej szansy na samobójstwo. Będziesz musiał spokojnie poczekać, aż odleci a potem zrobić to, co powinieneś był zrobić dawno temu. Ratować się.

Wyląduje tutaj. Czuję to.

Ale w głębi duszy chciałbyś nie mieć racji, prawda?

Nie jest ważne, czego chcę.

Jasne, jasne. Nie musisz mówić. Po prostu zajmij się trzymaniem kciuków, żebyś się pomylił.


Nie pomyliłem się.

Kolejny zakręt ustawił go w osi doliny, na wprost tego miejsca. Na wprost mojej kryjówki. „Rozpiętość skrzydeł sięgająca dwudziestu metrów…” Nie wydaje się aż taki wielki.

Wiesz co się stanie, jeśli cię zobaczy?

„Dwanaście do osiemnastu ton wagi…” Leci prosto na mnie. Rośnie. Nagły strach – czy odbezpieczyłem RPG-a? Czy odciągnąłem kurek? Nerwowym rzut oka. Kurek odciągnięty, bezpiecznik wciśnięty. W porządku. A jednak jest wielki. Ogromny. Coraz większy…

Leci tak… niespokojnie. Na pewno coś podejrzewa. A jeśli coś zobaczył, coś wyczuł?!

Dłoń na rękojeści zaczyna drżeć. W żołądku zaciska się zimny węzeł. Spokojnie. Jeszcze tylko chwila…

„Ostatnie machnięcie skrzydłami przed lądowaniem.” Muszę czekać!

Patrz na niego, on na pewno coś przeczuwa. Jest czujny. Rozgląda się!

Nie widzi mnie. Nie może mnie widzieć. Jeszcze moment. Jeszcze moment. Już jest nad ziemią. Już hamuje.

Jezu, jak blisko, jak strasznie blisko! Spojrzał na ciebie!

Nie, nie! To złudzenie! Muszę zaczekać!

Już jest dostatecznie blisko, nie ryzykuj! Zaraz cię zobaczy, stracisz zaskoczenie!

Stracę życie! Czekać! Czekać!

Potężne cielsko rośnie w celowniku, zakrywa świat.

Boże, jaki ogromny!

Widzi cię! Widzi! Już otwiera pysk, zaraz zionie ogniem!

Nie! Za wcześnie!

Palec nie posłuchał.


Huk wystrzału, huk eksplozji i łoskot cielska uderzającego o skały zlewają się w jedno. Trafiłem!

Nie czuję nic, kiedy podrywam się na nogi, rujnując moje ukrycie. Nie myślę. Nie analizuję. Dwadzieścia kilka metrów wściekłego sprintu po luźnych kamieniach i skałach to szaleństwo, ale ryzyko złamania nogi nie jest w tej chwili ważne. Nic nie jest ważne – tylko wypalony w moich oczach obraz smoka wykorzystującego resztkę szybkości, żeby zwinąć się w nieprawdopodobnym uniku i błysk eksplozji rozpruwającej gadzie skrzydło, zamiast korpusu. Tylko te kilkanaście sekund potrzebne na przeładowanie RPG, których nigdy nie będę miał i straszliwy, nabrzmiały żądzą mordu ryk za moimi plecami. Ważna jest mała, zielona skrzynka ze zmasakrowanym, pobrudzonym krwią przyciskiem. Płuca płoną. Ręce drżą. Nie mogę złapać tchu!

Bezpiecznik na UZBROJONE. Wciskam przycisk.

Skały, dolina, słońce, szarżujący smok – wszystko ginie w wybuchach granatów dymnych, zasnuwających świat całunem szarej mgły.


* * *

Mgła. Nieprzenikniona dla oczu, nieprzenikniona dla ciepła mgła. Potykam się i zataczam, próbując jednocześnie złapać oddech, załadować drugi granat do RPG i znaleźć jak najdalej od miejsca, gdzie on widział mnie po raz ostatni.

Spokojnie. Jedną rzecz na raz. Spokojnie!

Najpierw RPG! Nie pozwól, żeby złapał cię nieuzbrojonego!

Załadowanie rg-rury wydaje się banalnie proste. Jest banalnie proste – jeśli tylko nie próbuje się tego zrobić trzęsącymi się ze strachu i wysiłku rękami, usiłując przy tym patrzeć jednocześnie do przodu, do tyłu i na boki. Oczekując w każdej chwili wyłonienia się z dymu potwornej, zębatej paszczy.

Może być wszędzie. Nie widzę nic. Nie słyszę.

Tylko łomot tętna.

Granat już siedzi na swoim miejscu.

Gdzie jest smok?

Czuję, jak jeżą mi się włosy na karku…

Odwróć się!

Dreszcz na plecach. Lodowaty pot.

Odwróć się natychmiast!! Jest za tobą! Strzelaj!

Odwracam się, kamienie osuwają się spod butów. Nie ma go tam! Tylko dym. Tylko mgła!

Dłoń ślizga się po rękojeści RPG. Nie słyszę nic. Żadnego łopotu skrzydeł, żadnego świstu powietrza, chrzęstu kamieni, nic! Tylko łoskot krwi w żyłach i chrapliwy oddech. Mój własny. Gdzie on jest? Gdzie on do cholery jest!?

Za tobą! Za tobą! Strzelaj, uciekaj, strzelaj!

Nie ma go. Nie ma! …Cień, ruch?

Tam! Tam, strzelaj, szybko!

To tylko skała! Tylko skała…

Gdzieś z szarobiałego oparu dobiega niski pomruk, od którego drżą kości, wywraca się żołądek. Mgła tłumi dźwięki – wszystkie, prócz tego. Warkot narasta, zwielokrotnia się. Zanika i powraca. Dochodzi zewsząd i znikąd.

On wie, że się boję. Bawi się. Dreszcze. Cały się trzęsę… Jak gorąco, jak zimno!

Uciekaj! Uciekaj! Uciekaj!

Brakuje mi powietrza, ręce drżą, nie mogę utrzymać granatnika. Ruch! Cień!

Tam, tam! Strzelaj!

…tylko dopalający się wrak ciężarówki. Tylko ciemny dym w białej mgle.

Uważaj!

Zataczam się gwałtownie, potykam, omal nie przewracając. Pod moimi nogami leży na wpół spalony trup.

Nie patrz! Nie patrz! Musisz iść dalej!

Skulone ciało kobiety. Zwęglona resztka czyjegoś istnienia. Uczuć, myśli, śmiechu, łez. Rozmów o pogodzie, kłótni z szefem, szumu w głowie po winie. Nogi nie chcą mnie dłużej utrzymać w pionie, osuwam się na kolana. Patrzę w jej puste oczy.

– Nie mam już siły walczyć. Boję się. Tak bardzo się boję!

Nic nie odpowiada.

Nie wolno się bać, strach zabija duszę.

Mgła rozbrzmiewa rykiem, który wsiąka w nią bez echa, jak w gąbkę.

– Nie mam sił!

Strach jest małą śmiercią, a wielkim unicestwieniem.

Dostrzegam więcej szczegółów. Resztki niebieskiej bluzki. Kosmyk jasnych włosów. Zegarek na ręku.

Choćbym chodził ciemna doliną, zła się nie ulęknę.

To pojawia się nagle, jak wtedy, kiedy w składającej się z plątaniny bezsensownych linii łamigłówce dostrzega się wreszcie ukryty obrazek. Szczegóły składają się w kompletny obraz: ona walczyła do końca. Pod jej skulonym ciałem, osłaniane tak długo, jak tylko się dało leży drugie – malutkie…

„Już dobrze, mój maleńki. Jestem przy tobie, nie bój się. Jesteś bezpieczny.”

Serce kurczy się boleśnie, jakby miało stanąć. A potem przychodzi spokój.

Tam gdzie przeszedł strach nie ma już nic. Jestem tylko ja.

I smok.

Wstaję, prostuję się. Oczy są pełne łez – ale nie warto ich ocierać, niech płyną. Nie potrzebuję już widzieć nic więcej. Nie potrzebuję wiedzieć nic więcej. Spokojnie podnoszę granatnik i niemal bez mierzenia, ale z całkowitą pewnością strzelam prosto w mgłę.


Granat wystrzelony z RPG-7 porusza się z szybkością 290 metrów na sekundę. Po uderzeniu o przeszkodę, wysunięty do przodu zapalnik inicjuje wybuch ładunku kumulacyjnego, który zmienia ułożoną na nim, odpowiednio uformowaną miedzianą wkładkę w cienki strumień płynnego metalu, który jest w stanie przebić ponad pół metra pancernej stali.

Płynna miedź przepala pokrytą łuskami skórę skrytego w dymie, skradającego się do mnie smoka, oddaje energię wywołując w jego organizmie falę ciśnienia, która rozrywa mu płuca, pruje mięśnie, rozszarpuje żyły.

Łoskot piętnastu ton bezwładnie uderzających o ziemię. Cisza.


Stoję bez ruchu. Przede mną, w rzednącej powoli mgle leży pokonany strach. Leży pokonane zło, pokonana śmierć. Martwy smok.

„Poruczniku Mullen, czy da się zabić smoka z RPG-7?”

– Tak, panie majorze, sir, da się. Wystarczy go tylko przedtem pokonać. W sobie.

Rura zbędnego już granatnika twardo uderza o kamienie.

Dokonałem niemożliwego. Na drżących nogach, powoli, jak we śnie podchodzę bliżej. Krok za krokiem, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się stało.

I wtedy smok otwiera oczy.


Jestem kimś, kogo z braku lepszych kandydatów można uważać za eksperta od smoków – powinienem był pamiętać. Naprawdę powinienem. Nigdy, pod żadnym pozorem, w żadnym przypadku nie patrz smokowi w oczy!

Czuję jak zalewa mnie fala jego potężnej woli i osuwam się w ciemność, zaciskając palce na twardej rękojeści noża.


* * *

Jest ciepło.  Słyszę głosy, ale jestem zbyt zmęczony, żeby otwierać oczy. Zbyt zmęczony, by cokolwiek pamiętać.

– Mamusiu, dlaczego nie mogę pójść dać panu kamyczka, który dla niego znalazłam?

Głos jak dzwoneczek. Skąd się tu wzięła mała dziewczynka?

– Pan musi odpoczywać, księżniczko. Śpi. Nie można mu przeszkadzać.

– Ale mamo, ja tylko dam mu kamyczek, za to że zabił smoka i nas uratował!

– Córeczko, powiedziałam, że nie. Dasz mu kamyczek jak wstanie.

Zamaszyste, męskie  kroki. Silny, choć zmęczony głos.

– Martha, co ona tu jeszcze robi? Za dziesięć minut zaczynamy skok! Powinna być na swoim miejscu, bo jak Peter nie doliczy się dziecka to zrobi piekło!

– Słyszysz Agnes? Natychmiast do ciężarówki! I powiedz tacie, że zaraz przyjdę.

– Ale mamo…

– Obiecuję, że jak będziesz grzeczna, to potem pozwolę ci dać panu ten kamyczek.

– Dobrze mamo! Już lecę mamo!

Tupot małych nóżek. Cisza.

– U niego wszystko w porządku?

– Tak. Śpi spokojnie, nie krzyczy już.

– A fizycznie?

– Fizycznie od początku nie było problemów. Tylko ta rana od noża… Może na niego upadł? Przeżył szok.

– Nic dziwnego. Wszyscy zginęli. W taki… Tak…

– Widziałam.

– Nie powinnaś była tego oglądać.

– Chyba masz rację… Tak niewiele brakowało, żebyśmy my też leżeli gdzieś wśród tych skał, tak jak tamci. Ty, Sarah, ja, Peter. Agnes…

Głos jej się łamie.

– Tak…

Cisza.

– Sprawdź jeszcze raz, czy nasz wybawca jest gotów do transportu i leć do Petera. Mamy randkę z Ziemią, pora się przygotować.

– Masz rację. Do zobaczenia po drugiej stronie.

– Do zobaczenia w domu.

Cichnące męskie kroki, chwila krzątaniny, a potem ktoś delikatnie otula mnie kocem. Szept.

– Dlaczego próbowałeś się zabić? Przecież zwyciężyłeś…

Odgłos drobniejszych stóp oddala się w stronę, w którą pobiegła dziewczynka, a do mnie wracają wspomnienia.

Smok usiłował przejąć nade mną kontrolę, przelać swoją jaźń ze swojego umierającego ciała w moje. Walczyliśmy i czułem, że przegrywam. Nie próbowałem zabić siebie, tylko jego, chociaż w moim ciele. Żyję, myślę, czuję… Jestem sobą. Czy zwyciężyłem?


Skok nie przypomina teleportacji, przejścia przez bramę. Nie ma nagłej zmiany otoczenia, żadnych efektów specjalnych. Zamiast rozdzierać czy dziurawić czasoprzestrzeń, cierpliwie i ostrożnie rozklejamy ją warstwa po warstwie, przeciskamy się między nimi z jednego świata do drugiego a potem pieczołowicie sklejamy je za sobą.

Kiedy rozpoczyna się przejście, świat wokół szarzeje, blaknie. Znikają kolory, zacierają się linie, gubią kształty, platforma powoli osuwa się w ciemność. W najczarniejszej chwili, kiedy dookoła nie ma nic prócz absolutnej, doskonałej ciemności, zapada cisza. Na ten moment skoku wszyscy odruchowo wstrzymują oddech, jakby bali się, że możemy na zawsze utknąć w mroku, gdzieś pomiędzy światami.

A potem jest tak, jakby z jakiejś przepastnej głębi platforma wynurzała się ku powierzchni. Najpierw w czerni pojawiają się plamy, zarysy kształtów, potem można już rozróżnić ludzi i przedmioty, a jeszcze potem pomalutku robi się jaśniej i jaśniej, szarość powoli nabiera barw, światłość narasta, a świat znów staje się rzeczywisty.

Kiedy blask przybiera na sile, słyszę jak dookoła mnie ludzie oddychają z ulgą. Słychać pierwsze śmiechy.

Są już niemal w domu – bezpieczni. Ja wracam z nimi, ale myślami jestem wśród swoich wewnętrznych gór, patrząc przed siebie, w mroczne czeluści mojej duszy. W wejście do doliny, której końca nie widzę. Nie wiem, czy smok tam jest – będę musiał iść dalej ze świadomością, że może czaić się we mnie, gotów w każdej chwili spróbować zawładnąć moją duszą. Groźny, czujny.

Otwieram oczy, żeby nacieszyć się otaczającą platformę jasnością, w której widać już zarysy budynków terminalu, sylwetki urządzeń, ludzi i cichutko, tak, żeby nikt nie słyszał powtarzam sobie słowa, w które bardzo chcę wierzyć:

Choćbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę. Nawet tego najgorszego – we mnie.

Konstanty Młynarczyk, ilustracja: Piotr Sokołowski

podobne teksty

Koncert Cienia
Mistrz, mistrz Cień w naszym małym miasteczku, w naszym małym teatrze (...) powoli zapalał wszystkie świece, a jego cień zadrżał na ścianie. Wraz z płomieniami kolejnych świec powoli wzrastał, aż stuknął głową w sklepienie.
 
Zahir
Jeśli wierzysz w literaturę, uwierzysz i w to, co napiszę, choć to nie literatura, a jedynie maleńkie odwołanie.
 
Dream
Teraz rozsiadz sie wygodnie bo opisze ci najbardziej zjebany sen jaki mialem w zyciu. przysnil mi sie w last mondaj i tak mnie nabuzowal ze do dzis mam shizy. Podziele go na sceny bo tak bedzie mi najwygodniej. czesci niektore sa dodane, bede pisal co dodalem.
 
Baśń
Do baru przyjechał na motorze. Ciężkim czarnym lśniącym smoku z baśni. Jedno z lusterek drżało jeszcze, gdy poprawiał swój czarny skórzany płaszcz.
 

szukaj

archiwum

menu

 
 
 
draconica.pl
mapa strony
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług, personalizacji reklam i analizy ruchu. Informacje o sposbie korzystania z witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Korzystając z tej strony, wyrażasz na to zgodę.